TPD Przyjaciel Dziecka
 
  • Wydanie bieżące
  • Kontakt z redakcją
 
środa, 10 marzec 2010

W NUMERZE

Strona Główna
- Sto lat rodzinnych domów dziecka
- Ciągłość i zmiany, wywiad z A.Kelmem
- II Spotkanie Klubu Dyskusyjnego MFPD
Spis treści 1-6-2008

POBIERZ w PDF

Wydanie 1-7-2008
Wydanie 1-6-2008
Ciągłość i zmiany, wywiad z A. Kelmem Drukuj E-mail
czwartek, 31 lipiec 2008

GNIAZDA SIEROCE  I RODZINNE  DOMY DZIECKA

 

CIĄGŁOŚĆ I ZMIANY

Rozmowa z dr. Albinem Kemem

 

Towarzystwo Przyjaciół Dzieci od wielu lat inicjuje, popularyzuje i wspiera rozwój rodzinnych form opieki nad dzieckiem, w tym także rodzinnych domów dziecka. Na łamach „Przyjaciela Dziecka” prezentowane były często doświadczenia rodzinnych
domów dziecka prowadzonych przez TPD.

W tym roku obchodzimy jubileusz setnej rocznicy powstania pierwszego gniazda sierocego Kazimierza Jeżewskiego oraz pięćdziesiątą rocznicę powstania pierwszych rodzinnych domów dziecka: Dowlaszów w Szczecinie i Zapartów w Świdwinie
w roku 1958. O rozmowę na temat historii oraz aktualnej sytuacji rodzinnych domów dziecka poprosiłam dr. Albina Kelma.

 

Związany jest Pan z naszym systemem opieki nad dzieckiem od lat bezpośrednio powojennych do współczesnych. Zacznijmy więc naszą rozmowę od historii rodzinnych form opieki. Pisze Pan w swoich publikacjach, że Kazimierz Jeżewski był prekursorem zastępczej opieki rodzinnej. Jaki więc wpływ miał dorobek Kazimierza Jeżewskiego na rozwój rodzinnych domów dziecka w okresie powojennym? Czym różnią się zakładane przez niego gniazda sieroce od dzisiejszych rodzinnych domów dziecka?

 

– Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Jeżewski rozwijał swoją koncepcję w innych warunkach społecznych, gospodarczych, ustrojowych. Koncepcja gniazd sierocych – małych placówek rodzinnych – narodziła się sto lat temu: pierwsze gniazdo powstało w 1908 roku, a więc w trudnym dla Polski okresie rozbiorów.

 

Na czym ta koncepcja polegała?

 

– Jeżewski był prekursorem zastępczej opieki rodzinnej nad dzieckiem osamotnionym. Był także prekursorem wychowania koedukacyjnego: już w pierwszym gnieździe sierocym wychowywali się zarówno chłopcy, jak i dziewczynki, uznawał swobodę przekonań religijnych (np. jedno z gniazd było ewangelickie). Według koncepcji Jeżewskiego podopieczni gniazd mieli zapewnioną opiekę aż do momentu zdobycia zawodu i usamodzielnienia się. Temu celowi służyła m.in. Bursa w Warszawie na Żoliborzu.

Ale, co należy szczególnie podkreślić, Jeżewski był bardzo związany z polską wsią. Wieś polską uznawał też za najlepsze miejsce do organizowania gniazd sierocych, miały one działać na zasadzie gospodarstwa rolnego. Dzieci kierowane były do gniazd przez Towarzystwo Gniazd Sierocych. Znamienne jest natomiast to, że podstawą ich utrzymania były dochody z gospodarstwa rolnego. Jeżewski chciał przez to osiągnąć dwa cele. Po pierwsze chciał, żeby to były wzorcowe gospodarstwa, które by promieniowały na okoliczne gospodarstwa, uczyły nowoczesnej gospodarki rolnej. Po drugie, chodziło mu też o kształtowanie postaw wobec pracy. W gnieździe praca była dla dzieci czymś oczywistym, ale co równie ważne, gniazdo stanowiło rodzinę rolniczą, dzieci były jego współwłaścicielami, współgospodarzami.

Bardzo poważnym problemem była wówczas nauka dzieci. Nie zawsze podopieczni mieli dostęp do szkoły, dlatego do niektórych gniazd angażowani byli nauczyciele. Jak już wspomniałem, Jeżewski zadbał także o przygotowanie do zawodu swoich podopiecznych. Przed I wojną światową powstało w sumie osiem gniazd sierocych, które dawały opiekę około 100 dzieciom w wieku 9–17 lat.

Doświadczenia gniazd skłoniły Kazimierza Jeżewskiego do opracowania koncepcji wiosek dziecięcych jako zespołu gniazd sierocych. Koncepcja ta znalazła poparcie Sejmu Odrodzonej Rzeczypospolitej i w 1919 roku Sejm podjął uchwałę o utworzeniu fundacji – nazwanej dla uczczenia setnej rocznicy śmierci T. Kościuszki Fundacją Kościuszkowską – w celu wsparcia idei gniazd sierocych i wiosek dziecięcych.

 

Wypracowany przez Jeżewskiego system opieki nad dzieckiem w zastępczym środowisku rodzinnym dopiero w drugiej połowie dwudziestego wieku znalazł powszechne uznanie w naszym kraju.

 

Mówiąc o kontynuacji jego idei i doświadczeń trzeba oczywiście pamiętać, że pierwsze powojenne rodzinne domy dziecka powstawały w zupełnie innych warunkach. Czasy się zmieniły, nie udało się niestety, poza pojedynczymi przypadkami, pozyskać polskiej wsi dla idei organizowania rodzinnych domów dziecka na zasadzie rodzin wiejskich i na bazie gospodarstw rolnych, tak jak to czynił Jeżewski. Ale, co najważniejsze, wspólny dla gniazd sierocych i powojennych rodzinnych domów dziecka jest przyjęty model życia rodzinnego.

 

Czy idea gniazd sierocych była kontynuowana po II wojnie światowej?

 

– W czasie okupacji działały nadal pojedyncze gniazda sieroce. Po wojnie pojawił się problem sieroctwa powojennego. Kazimierz Jeżewski wraz ze swoimi najbliższymi współpracownikami podejmuje z powodzeniem starania o dalsze tworzenie gniazd sierocych, przede wszystkim wiosek dziecięcych. Do tej pracy aktywnie włączają się jego byli podopieczni i pod koniec 1947 roku pod opieką Towarzystwa Gniazd Sierocych i Wiosek Kościuszkowskich znajduje się około 350 wychowanków. Niestety, pod koniec lat 40 władze naszego kraju podjęły decyzję o centralizacji zadań opiekuńczych i likwidacji organizacji społecznych. Towarzystwo Gniazd Sierocych zostało zlikwidowane.

Współpracownicy i wychowankowie Kazimierza Jeżewskiego podjęli jednakże starania mające na celu powrót do idei tego wybitnego pedagoga. W 1957 roku udało im się powołać przy Towarzystwie Przyjaciół Dzieci Koło Przyjaciół Dzieci im. Kazimierza Jeżewskiego. Warto w tym miejscu docenić, że inicjatywa powrotu do doświadczeń przedwojennych
wybitnych wychowawców, m.in. Jeżewskiego i Lisieckiego – to była idea Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Koło podjęło starania o powrót do idei wiosek dziecięcych, w kolejnych latach swojej działalności podejmowało także wiele inicjatyw mających na celu popularyzowanie idei i doświadczeń Kazimierza Jeżewskiego. Popularyzacja idei
Jeżewskiego przyczyniła się do żywszego zainteresowania rodzinnymi domami, które powoli torowały sobie drogę w naszym systemie opieki nad dzieckiem.

 

Ostatnio pod Pana redakcją ukazała się kolejne, czwarte już podsumowanie doświadczeń rodzinnych domów dziecka w Polsce „Odzyskane domy rodzinne”. Czy pośród różnych form opieki nad dzieckiem idea rodzinnych domów dziecka jest Panu szczególnie bliska?

 

– Zajmuję się, generalnie, wszystkimi sprawami dotyczącymi pedagogiki opiekuńczej, a więc jej historią, przemianami w systemie opieki nad dzieckiem, rozwojem i funkcjonowaniem placówek opiekuńczo-wychowawczych i rodzinnych, metodyką pracy opiekuńczo-wychowawczej. Natomiast z rodzinnymi domami dziecka zetknąłem się
bezpośrednio na początku drogi tych domów – w drugiej połowie lat 50. Pracowałem wówczas w Ministerstwie Oświaty, jednocześnie przy TPD rozpoczynało działalność wspomniane już przeze mnie Koło Przyjaciół Dzieci im. Kazimierza Jeżewskiego. Do pracy w Ministerstwie Oświaty przeszli w tym czasie wybitni pracownicy i znawcy tej problematyki: Otton Lipkowski, Stanisław Papuziński. Władysław Żelazko. To przede wszystkim dzięki ich wysiłkom i staraniom podjęto intensywne prace nad wzbogaceniem form opieki nad dzieckiem. Koncepcja rodzinnych domów dziecka powstała z myślą o rodzeństwach z rodzin wielodzietnych. Natomiast pojawił się problem, jak je usytuować organizacyjnie: na jakich zasadach mają funkcjonować, kto będzie je finansować? Nad tymi zagadnieniami dyskutowano, a pierwsze rodzinne domy dziecka funkcjonowały na zasadzie eksperymentu pedagogicznego.

W 1957 roku Ministerstwo Oświaty opracowało projekt zarządzenia w sprawie rozszerzenia form opieki nad dzieckiem, który został następnie przedyskutowany na krajowej naradzie pracowników opieki nad dzieckiem. W efekcie tych działań, w lutym następnego roku ministerstwo przekazało kuratorom okręgów szkolnych pismo określające wstępne warunki tworzenia rodzinnych domów dziecka oraz zachęcające kuratorów do ich otwierania. I tak - jesienią 1958 roku utworzone zostały dwa rodzinne domy dziecka: Dowlaszów w Szczecinie i Zapartów w Świdwinie. Domy te zorganizowane zostały jednakże według
dwóch różnych koncepcji. Dom Dowlaszów – zgodnie z opracowanymi przez Ministerstwo Oświaty zaleceniami – funkcjonował na zasadzie eksperymentu jako filia domu dziecka. Obowiązywały w nim więc rozwiązania organizacyjne przyjęte w domach dziecka: formalne planowanie i rozliczanie wydatków, dokumentacja pracy, rodzice – opiekunowie mieli status pracownika.

Dom Zapartów w Świdwinie, w którego powołaniu uczestniczyłem osobiście jako pracownik Ministerstwa Oświaty, uzyskał korzystniejsze warunki organizacyjne: rodzice opiekunowie mieli status wychowawcy, a finansowany był na takich samych zasadach, jak rodziny zastępcze. Nie musiał więc prowadzić takich szczegółowych rozliczeń finansowych,
jak to miało miejsce w przypadku Domu Dowlaszów. Na przyjęcie takiego rozwiązania zgodę wydała ówczesna wiceminister oświaty Zofia Dembińska. Jak już powiedziałem, domy działały na zasadzie eksperymentu, a o tym, które rozwiązanie jest lepsze, zadecydować miały efekty ich pracy.

 

Na jakich zasadach powstawały kolejne rodzinne domy dziecka: Domu Dowlaszów czy Domu Zapartów?

 

– Domu Dowlaszów, a więc jako filie domów dziecka. Jednakże praktyka pokazała, że takie ich usytuowanie nie było korzystne, rozwijały się bardzo powoli: w 1965 roku było 8 takich placówek, w 197 roku –16.

Cały czas jednak opiekunowie wymieniali swoje doświadczenia, władze oświatowe organizowały spotkania szkoleniowe. Pojedyncze domy prezentowane były w prasie, radiu, telewizji, a gromadzone doświadczenia stały się przedmiotem zainteresowania wyższych uczelni oraz tematem prac dyplomowych. Na przełomie lat 1974/75 doszło do pierwszego ogólnopolskiego podsumowania doświadczeń tych placówek, które odbyło się w Helenowie.

 

Co wynikało z tych doświadczeń?

 

– Pokazały one, że doskonalsze i bardziej pasujące dla tej formy opieki są rozwiązania przyjęte dla domu rodzinnego Zapartów w Świdwinie. Rozliczanie domów na zasadzie
rodzin zastępczych pozwala na większą samodzielność, niezależność w prowadzeniu domu, nie ma też konieczności prowadzenia drobiazgowych rozliczeń wydanych środków
finansowych.

Przełomowy dla rozwoju rodzinnych domów dziecka był rok 1976, kiedy to – biorąc pod uwagę wynikające z pierwszego podsumowania wnioski – Ministerstwo Oświaty wydało zarządzenie w sprawie organizacji i funkcjonowania rodzinnych domów dziecka. Przyjęto, że będą one rozliczane na zasadzie rodzin zastępczych przy zachowaniu wskaźników przewidzianych dla domów dziecka. Zwyciężyła więc po 18 latach koncepcja przyjęta dla Domu Zapartów. Nowe regulacje prawne przyczyniły się korzystnie do dalszego rozwoju tej formy opieki: w 1978 funkcjonowało już 60 rodzinnych domów dziecka, a w roku 1985 – 158. Jednocześnie pojawiały się nowe problemy do rozwiązania, paląca okazała
się przede wszystkim kwestia środków finansowych na usamodzielnienie
podopiecznych.

 

Czy w kolejnych latach rodzinne domy dziecka rozwijały się nadal tak dynamicznie i czy monitorowano ich doświadczenia?

 

– W 1985 roku dokonano drugiego podsumowania doświadczeń rodzinnych domów dziecka. Funkcjonowało już wówczas 158 takich placówek, więc spotkania ogólnopolskie poprzedzone były spotkaniami regionalnymi przy ośrodkach metodycznych. W czasie spotkań regionalnych władz oświatowych z rodzicami – opiekunami prowadzącymi domy rodzinne zebrano dane o działalności domów według jednolicie przygotowanych arkuszy informacyjnych, co stanowiło podstawę do zestawień statystycznych. Ważne jest także to, że rodzice mieli możliwość rozmawiania o swoich problemach, a także pochwalenia się sukcesami. Według tej samej procedury odbyło się dziesięć lat później, w latach 1994 i 1995, trzecie podsumowanie. W tym czasie malała liczba rodzinnych domów dziecka, w 1995 r. było ich 136.

I wreszcie - ostatniego podsumowania dokonano w latach 2004/2005 dzięki wsparciu tej inicjatywy przez Fundację Orlen Dar Serca, a narada końcowa odbyła się na Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Nie odbyły się natomiast wcześniej – tak jak to miało miejsce w poprzednich podsumowaniach – spotkania regionalne. Zebraliśmy jedynie informacje od
rodziców – opiekunów. Chcemy do tych spotkań regionalnych powrócić. Potrzebny jest bowiem taki kontakt rodziców – opiekunów z organami powołującymi i finansującymi te domy. Jest to bardzo potrzebne, ponieważ właśnie na styku organów finansujących z rodzicami rodzinnych domów dziecka jest wiele problemów. I potrzebne jest jakieś forum, gdzie obie strony mogłyby przedstawić swoje racje. Myślimy o zorganizowaniu takiego spotkania, co nie jest sprawą prostą, biorąc pod uwagę aktualną liczbę rodzinnych domów dziecka, których, według naszych szacunków, jest około 250.

 

Zmieniają się warunki prawne i organizacyjne, na podstawie których funkcjonują rodzinne domy dziecka. Niektórzy twierdzą jednak, odwołując się do doświadczeń
wybitnych pedagogów przeszłości, że to przede wszystkim osoba opiekuna – rodzica decyduje o powodzeniu bądź niepowodzeniu rodzinnego domu dziecka. Czy takie
podejście znajduje potwierdzenie w zebranych doświadczeniach rodzinnych domów dziecka?

 

– Nie tylko rodzinnego domu dziecka. W każdej formie opieki i wychowania postawa wychowawcy ma decydujące znaczenie. Od opiekunów bardzo dużo zależy. To właśnie dzięki nim wiele rodzinnych domów dziecka wspaniale zapisało się w historii i nadal funkcjonuje. Ale trzeba widzieć dwie strony medalu: powodzenie rodzinnych domów dziecka
zależy od opiekunów, ale także od osób reprezentujących organy nadzorujące i finansujące. Powinny one stwarzać opiekunom warunki do stabilnej, spokojnej pracy, bez poczucia niepewności i zagrożenia, a nie tylko ograniczać się do administracyjnej wizytacji i kontroli domów. W materiałach zebranych w wyniku podsumowań doświadczeń, opiekunowie
podkreślają, jak ogromne znaczenie ma okazywanie zrozumienia i wzajemne zaufanie pracownika aparatu opieki nad dzieckiem oraz rodzicami prowadzącymi dom. To muszą być ludzie, którzy rozumieją specyfikę pracy rodzinnych domów dziecka, w którym, tak jak w każdym domu rodzinnym, zdarzają się niepowodzenia i problemy wychowawcze.
Ze zgromadzonych przez nas materiałów wynika, że za najbardziej dokuczliwe trudności wychowawcze rodzice – opiekunowie uznają agresję i złe zachowanie, kłamstwa, kradzieże, lenistwo. Takie problemy zdarzają się przecież także w naturalnych rodzinach. Nie można widzieć wówczas tylko jednego sposobu rozwiązania pojawiających się problemów, polegającego na zamknięciu rodzinnego domu dziecka i wysłaniu wychowanków do innych placówek. A tak się niestety też zdarza.

 

Od czego jeszcze – w świetle zgromadzonych doświadczeń – zależy powodzenie w pracy rodzinnych domów dziecka?

 

– Jak pokazują doświadczenia, zarówno rodziny zastępcze, jak i rodzinne domy dziecka mają tym większe szanse powodzenia, im wcześniej dzieci będą do nich przyjmowane. Bardzo często przebywanie dziecka w rodzinie patologicznej trwa zbyt długo. Dla dzieci, które nabyły już wiele negatywnych nawyków, skierowanie do rodzinnego domu dziecka jest przyjmowane jak kara. One sobie cenią wolność, a w domu mogły robić co chciały. Z tym się trzeba liczyć. Opiekunowie często też sygnalizują, że kierowane są do nich dzieci, wymagające resocjalizacji, podczas gdy przepisy wyraźnie informują, że w placówkach rodzinnych nie powinny być umieszczane dzieci z orzeczeniem, kwalifikujące się do placówki resocjalizacyjnej. Dla tych dzieci właściwym miejscem są np. rodziny zastępcze
pełniące funkcję pogotowia opiekuńczego. Tak więc ogromną rolę odgrywa tu wiek dzieci, w jakim one są kwalifikowane do rodzinnych domów dziecka. Ze zgromadzonych przez nas materiałów wynika, że jeżeli do rodzinnego domu dziecka przyjmowane są nastolatki, to opieka nad nimi wymaga od opiekunów odpowiednich kwalifikacji, aby mogli podołać tak trudnej pracy. Ważnym wnioskiem wynikającym z ostatniego podsumowania doświadczeń rodzinnych domów dziecka jest właśnie kwestia kwalifikowania dzieci, w tym zwłaszcza nieliczenie się z opinią opiekunów. Dotyczy to głównie dzieci starszych z bagażem dotychczasowych negatywnych doświadczeń, często już znacznie zdemoralizowanych. Ale decydujące znaczenie dla wszystkich rodzinnych form opieki, na co zawsze zwracam uwagę, mają więzi emocjonalne pomiędzy wychowawcą a wychowankiem. Tam, gdzie ich brak, na pewno będą niepowodzenia wychowawcze.

 

Młody człowiek kończy 18 lat i musi dalej radzić sobie sam. Czy jest przygotowany do samodzielnego życia?

 

– To jest kwestia opieki następczej, o co upominam się od wielu lat. Nie wystarczy poprowadzić dziecka do ukończenia szkoły zawodowej czy matury. Jeżeli nie zatroszczymy się także o pierwsze lata dorosłego życia podopiecznych rodzinnych domów dziecka, to może być zaprzepaszczony cały wysiłek wieloletniej pracy. Tymczasem, zgromadzone przez nas materiały potwierdzają, że usamodzielnienie wychowanków jest dla rodziców bardzo trudnym zadaniem w aktualnej sytuacji naszego kraju. Chodzi głównie o pracę, mieszkanie i wsparcie w pierwszym okresie samodzielnego życia. I tu jest kłopot. Władze samorządowe mają zapewnić podopiecznym rodzinnych domów dziecka lokal. Tymczasem w wielu rodzinnych domach dziecka przebywają dzieci, które powinny już ten dom opuścić. Przypomnę raz jeszcze, że Kazimierz Jeżewski przywiązywał dużą wagę do usamodzielnienia – służyła temu Bursa w Warszawie, istniał fundusz posagowy.

 

Od wielu lat wiele mówi się o tym, że domy dziecka powinny zostać zlikwidowane. Tymczasem wciąż, pomimo rozwoju różnych form opieki rodzinnej, około 25 tysięcy dzieci przebywa w domach dziecka. Można się spotkać z poglądem, że część domów dziecka musi pozostać dla dzieci szczególnie trudnych, którymi nikt nie chce się
zająć. Czy zgadza się Pan z takim stanowiskiem?

 

– Ja nie stawiam sprawy w ten sposób. Podstawowe znaczenie ma – powtórzę raz jeszcze – tworzenie warunków do kształtowania się więzi między wychowawcą Tymczasem wychowankiem. Tymczasem w domu dziecka wychowawca przychodzi na dyżur, przebywa ze swoimi podopiecznymi w ściśle określonych godzinach „od… do”. I to jest ta podstawowa
negatywna strona wychowania w domu dziecka, z której wynikają dalsze negatywne konsekwencje. Jeżeli odwołamy się do historii, to bardzo charakterystyczne jest to, że wybitni pedagodzy przeszłości: Janusz Korczak, Józef Czesław Babicki, Kazimierz Jeżewski mieszkali na co dzień w prowadzonych przez siebie domach. Dziś wychowawca przychodzi do domu dziecka na dyżur.

Na pewno trzeba w dalszym ciągu działać na rzecz ograniczania liczby wychowanków mieszkających w jednym zakładzie opiekuńczym i swobodniejszej organizacji wewnętrznej, korzystać z doświadczeń rodzinnych domów dziecka, i dążyć do tego, żeby organizacja życia w domu dziecka zbliżała się do życia w rodzinie. Nie może być tak, że dyrektor domu dziecka nie zna wszystkich swoich podopiecznych, a tak się często jeszcze zdarza.

Opowiadam się za tym, żeby wrócić do koncepcji, która pojawiła się 10–15 lat temu – pogotowia opiekuńczego dla dzieci z zaburzonymi zachowaniami, sprawiającymi trudności wychowawcze. Czyli wracamy do kwestii profilowania placówek.

 

W ramach zmian w podziale kompetencji w sprawach opieki nad dzieckiem, w 2000 roku rodzinne domy dziecka zostały przekazane z resortu edukacji do resortu pracy i
polityki społecznej. Od tego czasu powoływanie i prowadzenie rodzinnych domów dziecka leży w gestii starostw reprezentowanych przez miejskie i powiatowe centra
pomocy rodzinie. Czy te zmiany systemowe są korzystne dla rozwoju rodzinnych domów dziecka?

 

– Niewątpliwie decentralizacja zadań opiekuńczych oraz koncentracja na pomocy rodzinie i dziecku w rodzinie to kierunek słuszny. Jednocześnie trzeba pamiętać, że nie można systemu edukacji pozbawić elementów opieki, ponieważ funkcja opiekuńcza jest integralnym składnikiem każdego pedagogicznego działania. W Karcie Nauczyciela jest zapis, że nauczyciel pełni obowiązki dydaktyczne, wychowawcze i opiekuńcze. Nie można więc nie dostrzegać opiekuńczej funkcji szkoły. Problemem do rozwiązania jest tu na przykład kwestia dzieci z rodzin ubogich, które przychodzą do szkoły głodne. Nie można też powiedzieć, że całość spraw opieki na dzieckiem przeszła do resortu pomocy społecznej, skoro resort edukacji prowadzi takie placówki, jak internaty czy ośrodki szkolno-wychowawcze. Istnieje konieczność, co zresztą deklarowały oba resorty, ścisłego współdziałania w rozwiązywaniu problemów dotyczących opieki.

 

Jaki wpływ miały te zmiany na sytuację rodzinnych domów dziecka?


– Zgodnie z wydanym w 2000 roku rozporządzeniem ministra pracy i polityki społecznej rodzinne domy dziecka zaliczono do placówek określonych jako placówki rodzinne. Jednocześnie traktowanie ich jako placówki ma swoje konsekwencje formalne, jak np. konieczność prowadzenia karty pobytu dziecka, szczegółowych rozliczeń finansowych. Kwestią aktualną, wymagającą rozwiązania, wciąż pozostaje znalezienie odpowiedniej formuły prawno-organizacyjnej dla rodzinnego domu dziecka jako jednej z form zastępczego środowiska rodzinnego, a nie placówki sformalizowanej. Chodzi o znalezienie takiego rozwiązania, które sprzyjać będzie odchodzeniu od modelu placówki, pamiętając jednocześnie o zachowaniu statusu pracowniczego dla osoby prowadzącej, na rzecz modelu życia rodzinnego.

 

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała Marzena Kostka

 

Dr Albin Kelm pełnił w systemie opieki nad dzieckiem wiele ról. Był m. in. wychowankiem
i wychowawcą placówek opiekuńczo-wychowawczych, wizytatorem ds. opieki nad dzieckiem w Ministerstwie Oświaty, wykładowcą oraz promotorem prac magisterskich i dyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim i w kilku innych uczelniach. Jest autorem książek oraz licznych artykułów w czasopismach pedagogicznych ważnych dla rozwoju wiedzy na temat opieki nad dzieckiem. Książki Albina Kelma to m.in.: Formy opieki nad dzieckiem w Polsce Ludowej, Warszawa 9 , II wyd. 9 3; Odzyskane domy rodzinne, Z doświadczeń rodzinnych domów dziecka w Polsce Ludowej, Warszawa 97 ; O opiece nad dzieckiem w rodzinie, Warszawa 974; Podstawy teoretyczne działalności opiekuńczo- wychowawczej, Kalisz 97 ; Węzłowe problemy opieki nad dzieckiem, Warszawa 2000 oraz liczne rozprawy w wydawnictwach zbiorowych.

 


 
wstecz   dalej »
WRÓĆ

Copyright Totum.pl

Nota Prawna TPD Przyjaciel Dziecka